Świętość pożegnania

5 listopada 2021 | 0 komentarzy

Tego lata uderzyła mnie liczba pożegnań, które powiedziałem. Niektóre były dla ludzi, których właśnie spotkałem; inne dla ludzi, których znam przez całe życie. Ale niezależnie od długości i głębi znajomości, każde pożegnanie wywoływało pewien ból serca, tęsknotę lub smutek. Łatwo jest dostrzec Boga w ludziach, których kocham, ale jak Bóg jest obecny, gdy przychodzi czas, aby się z nimi pożegnać? Gdzie jest Bóg w tym niechlujnym, emocjonalnym i często bolesnym doświadczeniu rozstaniania się z tymi, których kochamy?

Lato zaczęło się od pożegnania z współbracmi w Krakowie, którzy byli ze mną przez dwa lata mieszkając w Krakowie, więc smutek zawisł nade mną, gdy zastanawiałem się, czy kiedykolwiek jeszcze zobaczę niektórych z nich. Zwłaszcza, gdy mój najbliższy polski współbrat pożegnał się ze mną a przygotowując się do nowej misji w Rosji…

Kiedy przyszła moja kolej na wyjazd z Krakowa na lato, pojechałem z moim prowincjałem do Chorwacji. Byliśmy w Warszawie na święceniach diakonatu naszego współbrata Marka. Po powrócie udałem się na wyspę Pašman, gdzie gotowałem, i poznałem kolejnych wspaniałych ludzi i nowych przyjaciół. Po dwóch tygodniach żegnania się z nimi był kolejny udar. Smutek uderzył mnie, gdy musiałem się z nimi pożegnać. Nie doceniałem tego, jak wiele koleżeństwa czułem z nimi, ani nie byłem świadomy tego, co moja obecność oznaczała dla nich, dopóki nie odszedłem. Od czasu wyjazdu z Polski, odwiedziłem i pożegnałem się z przyjacielem przeprowadzającym się za granicę do rodziny i przyjaciół z rodzinnego miasta, których nie widziałem od czasów przed pandemią.

Po kilku tygodniach pojechałem do Splitu, gdzie wyznałem pierwsze śluby zakonny. Te śluby wzywają mnie do pełnej miłości i oddania się innym oraz do wolności przejścia do nowego zadania, gdy jestem na misji. Może być bardzo trudno utrzymać te dwa powołania jednocześnie, zwłaszcza gdy czuję miłość do ludzi, którym służyłem i z którymi się zaprzyjaźniłem, oraz do miejsc, w których spotkałem Boga. Oczywiście to napięcie nie dotyczy wyłącznie jezuitów. Każdy, kto musiał rozstanąć się z bliskimi lub przenieść się z ukochanego miejsca, zna tę trudność. Wydaje się, że w ciągu ośmiu lat jako jezuita przechodziłem przez to doświadczenie częściej niż w ciągu 18 lat, przed wstąpieniem do Towarzystwa Jezusowego. A szybkość, z jaką przyjaciele są zawierani, a następnie rozdzielani podczas formacji, spowodowała więcej niż kilka chwil emocjonalnego urazu kręgosłupa szyjnego. Po ponownym doświadczeniu tego lata, zdałem sobie sprawę, że jeśli mam być zarówno tak kochający, jak i tak dostępny, jak chciałem być (i jak Bóg mnie wzywał), to musiałem rozeznać, jak Bóg był obecny podczas tych trudnych pożegnań.

Ku mojemu zdziwieniu Bóg poprowadził mnie w tym rozeznaniu przez powieść, którą akurat czytałem. Tytułowy narrator książki jest fryzjerem w małym miasteczku w Kentucky i opisuje moment, w którym patrzy w twarze niektórych ze swoich stałych, starszych klientów tylko po to, by rozpoznać, że umierają. Fryzjer wspomina, że w tym momencie „jego człowiek, twój głupi sąsiad, twój przyjaciel i brat, w jakiś sposób wylewał śmiech, który towarzyszył mu przez świat, i przybrał godność i dziwność podróżnika odchodzącego na zawsze”.

Ta analogia do „podróżnika odchodzącego na zawsze” wyskoczyła ze strony i nagle zobaczyłem siebie w sposób, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Widziałem „godność” i „obcość”, które przyjmowałem w każdym z moich pożegnań, nawet tych, które nie były wieczne, i widziałem tę samą godność i dziwność w tych, z którymi się rozstądziłem. I w tej godności i obcości odnalazłem obecność Boga.

Mamy tendencję do przyjmowania za pewnik nie tylko obecności przyjaciół, rodziny i innych, których dobrze znamy, ale także ich osobowości i tożsamości. Naturalne jest sprowadzanie innych do naszej wiedzy o nich, zwłaszcza tych, z którymi spędzamy najwięcej czasu. Ale w pożegnaniu pojawia się nagłe uświadomienie sobie, że jest coś z tej osoby, co jest poza moją wiedzą i ucieka od tego, co udało mi się uchwycić. Istnieje życie, przyszłość, wewnętrzna głębia, która jest oddzielona ode mnie, więc ta osoba, którą myślałem, że znam tak dobrze, nagle staje się tajemnicą. I z tej tajemnicy pochodzi ich godność i obcość.

Kiedy wyobrażam sobie twarze tych, z którymi pożegnałem się tego lata, widzę w każdym z nich tę tajemnicę, godność i obcość, i jestem pełen podziwu i zdumienia. A kiedy nadal patrzę na tę osobę z tym nowo odkrytym podziwem i zdumieniem, dostrzegam przebłysk jej świętości i transcendentnego piękna. Oznacza to, że widzę obraz Boga.

Pożegnanie nadal będzie trudne. Dopóki kochamy, nie unikniemy smutku rozstaniania. Ale nie boję się już ani nie boję się tej części mojego jezuickich powołań, a dokładniej tej nieuchronności życia. Te częste rozstanie i towarzyszący im smutek przyjąłem z pokorną wdzięcznością. Teraz widzę sacrum podczas pożegnania. Cóż to za przywilej przebywania przez chwilę w tajemnicy drugiego. I jest to warte smutku, ponieważ poczułem głębiej niż kiedykolwiek wcześniej, że nawet rozstając się, pozostajemy zjednoczeni ze sobą. Wspólna godność i obcość w naszym rozstaniu ujawnia nasz wspólny boski obraz, a ta sama Miłość, która nas stworzyła, jednoczy nas ze Swoim Ciałem i w naszych wyjątkowych podróżach prowadzi nas wszystkich do Siebie.

W Chrystusie!+
Ivan


Moja własna fotka.

Wytrzymałem. Zostałem złamany. Znałem trudności, zatraciłem się. Ale oto stoję, wciąż idąc do przodu, z każdym dniem coraz silniejszym. Nigdy nie zapomnę Chrystusa, który mnie wzmocnił i który mnie wyzdrowił.

Dziękuję Ci za przeczytanie mojego bloga. Z Bogiem+

Komentarzy

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.